O autorze
Dziennikarka muzyczna i dokumentalistka, trendsetterka rynku muzycznego, odpowiedzialna za kontent muzyczny programów TVP Kultura „Młoda Kultura” , Poziom 2.0 TVP 2 i dwie pierwsze edycje programu „Świat się kręci” TVP 1. Pomysłodawczyni cyklu hip-hop klasycznie, producent koncertu "Rasmentalism i goście" w Studio Lutosławskiego w Warszawie. Niepokorna idealistka, która za punk honoru stawia sobie słowa, że każdy człowiek zasługuje na to , aby pokazywać mu rzeczy wartościowe, a nie głupie.

Grzegorz Turnau: "Ja się składam wyłącznie ze strachu."

Płyta "L" wydawnictwo Agora
Grzegorz Turnau, człowiek-czułość, człowiek-piękny umysł i człowiek-muzyka. Jak nikt potrafi konsekwentnie uczulać na piękno i wartość języka. Płyta "L" to swoistego rodzaju fenomen. Bo zamiast nagrać "przeboje" na rocznicowy album, Grzegorz Turnau pokazuje utwory, które wykonał na przestrzeni lat, a które do tej pory nie trafiły na oficjalny nośnik. Świadczy to także o dystansie twórcy do tworzywa, bo przecież na tej płycie można usłyszeć fragmenty scenicznego "bycia" z dalekiej przeszłości.

Jak powstał pomysł na płytę "L". Kim jest osoba, która pomogła Panu odnaleźć to zacne archiwum utworów z kilkudziesięciu lat Pana pracy artystycznej?

Grzegorz Turnau: Bardzo dobrą metodą na wywiady jest zmyślanie. Powinienem powiedzieć, że Wiktor Czajkowski jest nieślubnym synem mojego brata. Tymczasem nie,
był regularnym widzem moich koncertów w Warszawie, potem okazało się, że ma detektywistyczną żyłkę. Zawiozłem mu pewnego dnia ogromną paczkę vhs i on zaczął to przerabiać na współczesne nośniki i w związku z tym powstała idea na ten album.


Ale to jest wolta z Pana strony? Bo z reguły taką płytę rocznicową buduje się na kanwie hitów?

Grzegorz Turnau:
Strasznie nie lubię celebrowania takich okoliczności. Nie jestem swoim własnym wielbicielem, wielu utworów nie pokazałbym publicznie. Ale pomyślałem, że dla kogoś to może być pamiątka. To rodzaj otwartej szuflady, z której wypadły rzeczy, które wydały się nam warte utrwalenia. Nie jest to jakiś komplet mojej własnej egzegezy z lat minionych tylko bardziej remanent strychów, który nastąpił trochę po pretekstem 50.
Człowiek albo zaciera ślady po sobie albo zostawia. Ja zostawiłem sporo śladów po sobie.

Nie ma Pan poczucia, że to ogromna ilość wartościowych rzeczy, o których całe lata Pan nie pamiętał?

Grzegorz Turnau:
Nie unikam rozmowy o tym co zrobiłem. Bardzo niechętnie podejmuję ocenę tego, ponieważ każdego dnia podejmuję oceny. Mam w sobie taki aparat, który czasem bywa bardzo destrukcyjny dla twórczości. Na tej płycie nie ma rzeczy, których się wstydzę.
To są rzeczy, które musiały poczekać na swój czas i są to też ślady mojej bardzo ważnej zależności od autorów słów. Zaczynając od Joyce'a po Gałczyńskiego, który właściwie mi towarzyszy całe życie. No i oczywiście moich przyjaciół: Ewy Lipskiej, Leszka Aleksandra Moczulskiego czy Michała Zabłockiego.
To album, na którym pojawia się element najważniejszy dla mnie, czyli konstrukcja.
Ja nie jestem muzykiem i od tego właściwie chciałbym zacząć. Ja jestem człowiekiem, który nauczył się muzyki poprzez konstruowanie muzycznych, logicznych ciągów, w oparciu o literaturę.
Nigdy nie czułem się uprawniony, żeby ujawniać się ze swoim pisarstwem. Wcześnie odkryłem przyjemność i łatwość konstruowania muzyki wokół literatury.
To zbiór klasycznej zależności sztuk. Tak powstał ten album. Ja nie komponuję czysto abstrakcyjnych form muzycznych, tylko cały czas bazuję na słowie.


A czy nie jest tak , że dla poezji nastały teraz trudne czasy?

Grzegorz Turnau: Nie zgadzam się z Panią kompletnie. Kiedy 35 lat temu przedstawiłem swoją muzykę do Joyce'a też mi tak mówiono. Rzeczy, które dotyczą najbardziej naturalnych form komunikacji między ludźmi to poezja i muzyka. Utrwalanie swojego obrazu świata nigdy nie będzie niemodne. Nigdy nie będzie nieważne. To co jest istotne, zawsze takie będzie. Mam taką nadzieję.


Czy ma Pan poczucie powołania do przybliżania słuchaczom poezji przez piosenkę, w bardziej przystępny sposób?


Grzegorz Turnau: W szkołach artystycznych zawsze był problem, jeśli chodzi o przedmioty teoretyczne. Po latach sobie to uświadomiłem, że nie lubiłem fortepianu nie dlatego, że nie lubiłem grać tylko dlatego, że nie rozumiałem tego co robię palcami w stosunku do tego, co jest na przedmiotach teoretycznych.
Z czasem, dla mnie pasją stało się, odkrywanie pewnej umiejętności formułowania logicznych zdań przy pomocy dźwięków.

Jak powstał duet ze Zbyszkiem Wodeckim , który się znalazł na tej płycie?


Grzegorz Turnau
: Kilka lat temu Zbyszek mnie zaprosił na swój benefisowy koncert (w 2003 roku). Wpadliśmy na pomysł, żeby napisać wspólną piosenkę. Zacząłem od słów "Chciałem napisać piosenkę" i tak powstała.
Mięliśmy jedyną próbę przed nagraniem. Okazało się, że nie było najmniejszej szansy, żeby ją zaśpiewać z pamięci. Nie zdążyliśmy oboje się przygotować. Ja przy fortepianie wiłem się stremowany z trudem, a Wodecki zrobił to tak, jakby to znał na pamięć i śpiewał od dziecka. Zbyszek miał totalną umiejętność bycia w muzyce. Nawet jeśli czegoś nie umiał to przefruwał nad tym. Jak odkryłem to nagranie, to nie wiedziałem, że to będzie taki rodzaj pamiątki.

Kolejnym zachwytem na płycie "L" są piosenki z programu telewizyjnego, w którym komentowano "Dekalog" Kieślowskiego?


Grzegorz Turnau: 1995 czy 1996 rok. To była telewizja, w której takie rzeczy były poruszane, ale na poziomie głębokiej analizy i dialogu. To nie były programy propagandowe.
To nie były programy w których uważano, że jest tylko jedna racja. To były czasy, kiedy ta rozmowa toczyła się naprawdę. Ksiądz Tischner był zaczepiany przez dyskutantów w możliwie najlepszy sposób. Nie było atmosfery wrogości.
Była atmosfera potrzeby dialogu. To było fantastyczne spotkanie. Mam nadzieję, że gdzieś istnieją taśmy z tymi programami. Ja te utwory pisałem na zamówienie. Pisałem je w ostatniej chwili, były rejestrowane jeden raz i koniec.


Czy gra Pan jeszcze na fortepianie dla przyjemności?

Grzegorz Turnau:
Oczywiście, inaczej nie mógłbym tego robić zawodowo, gdybym tego nie lubił.

Jak słucha Pan nagrań archiwalnych przychodzi jakaś refleksja o samym głosie?


Grzegorz Turnau: Z czasem dużo rzeczy robię bardziej świadomie. Częste śpiewanie powoduje taką auto akceptację, już się nie myśli czy trafię w dźwięk tylko bardziej się myśli o koordynowaniu zespołu. Często w ogóle nie myślę o tym czy śpiewam tylko czy zdążymy na pociąg. (śmiech)

Czy "Piwnica pod Baranami" dała Panu pewność, że droga muzyczna jest słusznym wyborem? Czy trudne było szukanie akceptacji ze strony dojrzałych artystów?


Grzegorz Turnau:
Wszystko co się robi w wieku nastu lat jest odruchowe. Wpadamy w zachwyty i rozpacze. Wiele decyzji podejmujemy nieświadomie. Wszystko działo się samo.
Możliwość bycia w piwnicy była biletem do ciekawszego świata. To było szare, konające wtedy miasto, bez życia nocnego. Mój ojciec mówił, że prowadzę hulaszczy tryb życia.
Kiedy wracał z uczelni, a ja wtedy jadłem śniadanie pytał: "I co synu dzisiaj osiągnąłeś?" Mam takie poczucie, że to pytanie zadaje mi do dzisiaj.
Poza tym to jest ważne, że się wtedy zdecydowałem. Zobaczyłem, że mi się to tak podoba, bycie na scenie, konfrontowanie się z publicznością. To były okoliczności, które się połączyły.

Jaki to jest rodzaj napięcia, kiedy śpiewa się przed Markiem Grechutą?

Grzegorz Turnau: Moje spotkanie z Grechutą artystą nastąpiło dość wcześnie. Spotkałem go w Piwnicy. Od tamtej pory moje relacje z jego płytami i z nim jako człowiekiem to były dwa światy. Do tego stopnia, że spędziliśmy razem sylwestra z 1999 na 2000 rok. Czego więcej można chcieć? Fascynować się jakimś artystą , który stwarza mi świat, a potem spędzać z nim czas.

Pana dusza się chyba odnalazła w odpowiednim momencie i w odpowiednim środowisku?

Grzegorz Turnau:
Może tak jest tylko ja tego nie wiem. Przekonuje mnie koncepcja, że wszystko już kiedyś było i powtarzamy wciąż pewne sytuacje. Ale doceniam też koncepcję Lema, który mówił: "wieczność jakżeby to było nudne".

Co niezwykłego jest w Krakowie, że muzycy w tym mieście są w taki specyficzny sposób ze sobą?


Grzegorz Turnau:
Kraków był przez wiele lat schronem dla ludzi uciekających przez trudnymi sytuacjami wojennymi. Kraków to dla mnie miasto rozbitków, którzy trafiali tu i się wspierali nawzajem.
Trzeba też pamiętać o tym, że np. moja mama urodziła się we wrześniu 39 roku w Warszawie. Nie mam poczucia, że składam się wyłącznie z Krakowa.

Rodzice jednak wspierali od początku Pana drogę muzyczną? Grzegorz Turnau -artysta nie zrodził się z buntu?

Grzegorz Turnau:
Każdy próbuje w pewnym momencie udowodnić światu, że zna się najlepiej na wszystkim. Tylko nie wie jeszcze do końca w jaki sposób. Czasem chłopcy uciekają z domów, a czasem śpiewają piosenki. Nie umiem tego ocenić.
Wszystko co mi się przydarzyło do tej pory było po prostu dobre. Nie mam żadnych złych wspomnień ze swojego rodzinnego domu.
Jestem w jakimś sensie obarczony genetycznie umiejętnością konstruowania rzeczy, które są komuś potrzebne.

Najważniejsze Pana wspomnienia z Inowrocławia?

Grzegorz Turnau: Przez 11 lat robiłem tam koncerty. To było coś w rodzaju ogrodu dzieciństwa. Tam się wyjeżdżało do uzdrowiska z domami jak z Pana Kleksa.
Tam było inaczej, dla mnie ciekawiej. Mogłem być sam przy ogromnym biurku mojego dziadka i zarządzałem nim. To było dla mnie centrum zarządzania światem.

Czy słuchacze zasypują Pana trudnymi pytaniami?


Grzegorz Turnau:
Nie wiem co to znaczy trudne pytania. O chorobach nie będę rozmawiać, ale jaki mam samochód często odpowiadam. Każde życie jest opowieścią. Może być kanwą jakiejś narracji.

"Panna młoda rozbierana przez zalotników" tak o płycie "L" napisał Maciej Szybist?


Grzegorz Turnau:
Tak, jemu się wszystko ze wszystkim kojarzy. To tekst opisujący tą płytę. Wiedziałem o tym, że w jakimś stopniu docenia to co zrobiłem przez lata.
Kiedyś napisał krótki tekst o moim koncercie Fabryka klamek i napisał to tak śmiesznie, że pomyślałem i zwróciłem się do niego z prośbą o napisanie kilku słów wstępu.

Dlaczego w nim nazywa Pana artystą gnostycznym?

Grzegorz Turnau:
To dość śmiałe określenie. To pewien rodzaj skrótu. Chodzi mu o usprawiedliwienie pewnych patosów, w które wpadam co jakiś czas.
Poszukiwania świętości w życiu przy jednoczesnym bardzo autoironicznym hamulcu. Jak mawiają mądrzy ludzie: trzeba żyć normalnie, a całą dzikość zostawić sztuce.

Najprzyjemniejsze w codzienności Grzegorza Turnau'a jest?

Grzegorz Turnau: Mam wokół siebie uśmiechniętych, pracowitych ludzi, którzy sobie niczego nie zazdroszczą. Mam możliwość opiekowania się bliskimi. Jestem w czepku urodzony i nie mam powodu mówić, że mi czegoś żal.

Boi się Pan czegoś?

Grzegorz Turnau: Ja się składam wyłącznie ze strachu. Ja się każdego dnia boję. Wejście na estradę jest dla mnie czynnością, dzięki której, czuję się bezpiecznie.
Poczucie bycia przez chwilę w tym królestwie jest bardzo przyjemne. Proszę mi wierzyć.

Jakie ma Pan plany dotyczące kolejnej płyty?


Grzegorz Turnau: Zawsze chciałem nagrać płytę z piosenkami po angielsku. I taka będzie kolejna płyta. Nagrałem je z grupą Shannon. 17 piosenek z repertuaru Beatlesów, Stinga, Eltona Johna, Queen. To zestaw, który mam nadzieję stylistycznie tworzy jakąś całość.
Trwa ładowanie komentarzy...