O autorze
Dziennikarka muzyczna i dokumentalistka, trendsetterka rynku muzycznego, odpowiedzialna za kontent muzyczny programów TVP Kultura „Młoda Kultura” , Poziom 2.0 TVP 2 i dwie pierwsze edycje programu „Świat się kręci” TVP 1. Pomysłodawczyni cyklu hip-hop klasycznie, producent koncertu "Rasmentalism i goście" w Studio Lutosławskiego w Warszawie. Niepokorna idealistka, która za punk honoru stawia sobie słowa, że każdy człowiek zasługuje na to , aby pokazywać mu rzeczy wartościowe, a nie głupie.

Marcin Masecki: "Klasyka ma arogancką postawę wobec świata, która mnie boli, bo jestem w niej i ją kocham."

Marcin Masecki w obiektywie Kobasa Laksy
Marcin Masecki jest zjawiskiem. Spotykamy się w małej salce w Teatrze Studio, gdzie z pasją mówi o nowej płycie "Nokturny Chopina" i potrzebie znalezienia w nich czegoś, co pozwoli mu  wyrwać Chopina, ze sztywnych ram narodowego symbolu. W pewnym momencie leci na nas z góry drobny pył, to Pani sprząta i sypie na nas brud ze schodów. Pewnie są artyści, którzy huknęliby na Panią w sposób nieprzyjemny. Marcin Masecki na szczęście do nich nie należy. 

"Szukam dostępu do klasyki, żeby ona miała jakąś wagę. Znaczenie. Są podręczniki muzyki XX wieku i tam jest Strawiński, Stockhausen, a nie ma Beatelsów, nie ma Elvisa. Nie ma hip-hopu. Nie ma największej muzyki XX wieku. Klasyka ma arogancką postawę wobec świata, która mnie boli, bo jestem w niej. Jestem częścią tego świata i dlatego podejmuję takie działania." Marcin Masecki o płycie "Nokturny Chopina"

Wyniosłeś z domu solidne muzyczne korzenie. Mówisz, że jako dziecko dostałeś tyle uwagi, że starasz się ją teraz oddać?

Marcin Masecki: Ciężko mi tak sprawnie zdiagnozować swoją osobowość. Jako dzieciak dostałem dużo fundamentów muzycznych, często dość technicznych, i wiedzy. Ale postawy i relacji z tą wiedzą zacząłem się dopiero uczyć na studiach, jak wyjechałem do Bostonu. To też, chyba u wszystkich, jest taki moment w życiu, kiedy się otwiera głowa. Poznajesz innych i widzisz, że można inaczej. Duże znaczenie miał dla mnie także powrót do Polski i wejście w LADO ABC. Uczyłem się Chopina jako dziecko, ale nikt mi nie mówił, że można Go zagrać na rozstrojonym instrumencie.

Jak rodzina jak babcia- nauczycielka muzyki i ojciec-muzyk reagują na twój rozstrojony instrument?

Marcin Masecki: Babcia Go nie zdążyła zobaczyć, a tata jest zawodowym stroicielem. To skomplikowana relacja. Na początku nie za bardzo wiedział, co o tym myśleć, ale myślę, że go przekonałem. To nie jest głupi kaprys tylko dogłębnie przemyślana propozycja. Więc już teraz chyba jest po mojej stronie.

W twoim życiu od początku była muzyka?

Marcin Masecki: Pierwsze siedem lat życia spędziłem z rodzicami w Kolumbii. I to było faktycznie takie błogie dzieciństwo. Ojciec, kiedy miałem 3 lata, zauważył, że mam talent muzyczny, zaczął ze mną pracować. Myślę, że od początku byłem skazany na muzykę.

Po powrocie do Polski Bednarska była naturalnym wyborem?

Marcin Masecki: Tak, ponieważ tam był wydział jazzowy. A ja już z jazzem flirtowałem. Potem studia. Wyjazd do Berklee College of Music zaproponował Bogdan Hołownia. Pod koniec Bednarskiej poszedłem do niego na kilka lekcji i on bardzo lobbował, żeby to był Boston. On też jest absolwentem tej uczelni. Zastanawiałem się też nad Akademią Muzyczną w Warszawie. Bardzo się cieszę, że wyjechałem do Bostonu.

Jak wyglądała nauka "edukacji rozrywkowej"? 

Marcin Masecki: Przyjechałem z trochę arogancką postawą, żeby tę szkołę szybko skończyć. Ta szkoła jest obliczona na ludzi zdolnych, ale z uwagi na różnice programowe w Stanach, na takich, którzy jeszcze nigdy nie uczyli się muzyki. Przyjechałem tam z dużą wiedzą muzyczną. Na pierwszej lekcji fortepianu Pani Joanne Brackeen powiedziała: zagraj coś. Zagrałem 3 minutowe „coś” i nastąpiła długa, niewygodna cisza. W końcu złamałem ją i zapytałem: no i co? I ona mi powiedziała: no nie wiem, to ja tu jestem dla Ciebie, zadawaj pytania. Dla 19-latka to było jak kubeł zimnej wody. Musiałem wyjść i zastanowić się: czego chcę?, a nikt mnie wcześniej o to nie pytał. Taka w sumie podstawowa sprawa dla artysty: co chcesz zrobić? Tam się ukształtowała, dzięki właśnie takim spotkaniom, ta myśl, którą teraz podążam.

Chopina znasz od dziecka, ale ryzykownie dość, nagrywając tę płytę odrzuciłeś biblię czyli zapis nutowy, coś świętego w świecie muzyków klasycznych?

Marcin Masecki: To było super. Było dużo szukania. Ten proces zresztą cały czas trwa, dla mnie ta płyta to jest początek pewnej przygody. Szukam dostępu do klasyki, żeby ona miała jakąś wagę. Znaczenie. 

Chcesz pomóc młodemu pokoleniu znaleźć drogę do Chopina tą płytą?

Marcin Masecki: Nie, nie jest to działalność popularyzacyjna. Nie jest to działalność edukacyjna. Tylko artystyczna. Artysta jest egoistą, robi dla siebie i przy okazji pokazuje innym. Kiedy w S1 usiadłem do Steinway'a i zacząłem grać te utwory, to brzmiało jak “konkurs chopinowski”, albo szkolne przesłuchania. Kompletnie bezosobowo.
Ten kontekst, w jakim funkcjonuje muzyka klasyczna, jest wyjątkowo sztywny, najbardziej konserwatywny i ekskluzywny, wręcz wykluczający. To nie problem samej muzyki, tylko sposób, w jaki jest prezentowana. Język jaki się pojawia, kiedy się mówi o muzyce klasycznej: wielcy mistrzowie, arcydzieła, maestro. Dla wielu jest to nie do przejścia.
Są podręczniki muzyki XX wieku i tam jest Strawiński, Stockhausen, Boulez, a nie ma Beatelsów, nie ma Elvisa. Nie ma hip-hopu. Nie ma największej objętościowo muzyki XX wieku. Klasyka ma arogancką postawę wobec świata, która mnie boli, bo kocham tę muzykę. Dlatego właśnie podejmuję takie, a nie inne działania.

Sam Chopin byłby zadowolony z tego jakim stał się symbolem?

Marcin Masecki: Tego nie wiemy. Ale myślę, że mógłby być przerażony. Wyobraź sobie, że za 200 lat ludzie wciąż próbują być Tobą. Próbują Cię naśladować w każdym calu, to jest straszne. Żyjcie, miejcie swoją muzykę. Chopin nie siedział całe życie w muzyce renesansowych mistrzów, nigdy by mu to nie przyszło do głowy. Był człowiekiem, który swoją muzyką reagował na otaczającą Go rzeczywistość. Kultura wysoka próbuje desperacko chronić swojej tożsamości. Tożsamości grupy białych, bogatych ludzi. To jest dla mnie coś takiego. To jest trochę smutne, że tyle wysiłku wkładamy w to, aby zadowolić ludzi sprzed 200 lat. “Dziś już nie ma Mozartów”. Nasze zapatrzenie w przeszłość jest w pewnym stopniu perwersyjne. 

W takim razie próbujesz sam dla siebie sprawić, aby Chopin był Ci bliższy?

Marcin Masecki: Mam kolegę Bubę Kuyateha, jest czarny jak smoła, pochodzi z Gambii. Jest wirtuozem gry na korze. Poznaliśmy się w sklepie muzycznym Rubicon u Jarka Polita. To było magiczne miejsce. I pewnego dnia w tym sklepie pojawił się Buba, to było kilka lat temu, przyjechał do Polski i wszedł do sklepu z płytami. Miałem tam akurat swoje pianinko i od razu zaczęliśmy grać. Spotkaliśmy się teraz niedawno i kiedy zapytał co teraz robię odpowiedziałem, że nagrywam nokturny Chopina. Zobaczyłem na jego twarzy, że nie wie o czym mówię. Zaczynam mu tłumaczyć, że Chopin to był taki gość, który żył tu 200 lat temu. I widzę, jak on dalej nie rozumie, po co ja to robię. 
Powiedział mi, że on gra też piosenki, które mają po 2 tysiące lat, z tą różnicą, że on opowiada zasłyszaną muzykę swoimi słowami, bo tylko wtedy ona może żyć. Bardzo mnie tym zainspirował. Jeśli coś nie ewoluuje, to umrze, jeśli nie uczestniczy w czasie. Wszyscy mówią, że dzieła Chopina są ponadczasowe, a ja bym się wcale nie zdziwił, jeśli za 200 czy 300 lat straciłby swoją wartość, w sensie adekwatności do czasów. Bo wartość muzyki nie jest obiektywna i to ciągłe podkreślanie jej ponadczasowości może mieć odwrotny efekt.

Granie z Bubą to możliwość dania sobie samemu większej wolności, próba wyzwolenia z ram klasycznego pianisty?

Marcin Masecki: Wyobraziłem sobie ostatnio, że gdybym zaprosił Bubę do filharmonii, to mógłbym nie wytrzymać. Wszyscy by się na niego patrzyli, bo tam nie ma czarnych ludzi. Jestem o tym przekonany. W filharmonii wszyscy przywykli do pewnego ceremoniału, nawet pilnują siebie nawzajem, kontrolują, zerkają jeden na drugiego. On tego nie zna, więc pewnie zachowywałby się naturalnie. Ostatnio grałem z nim koncert i złapałem się na takim kontrolowaniu sytuacji, usztywnieniu. Koło 20 zacząłem zerkać na zegarek, bo przecież ludzie przyszli i oczekują punktualności. Improwizowaliśmy i koncert trwał godzinę i kiedy powiedziałem mu, że kończymy to zgodził się na to chociaż widziałem, że nie rozumie takiego podejścia i sam mógłby grać kolejne 2 godziny. 

Czyli można powiedzieć, że Buba wpłynął na taki, a nie inny kształt "Nokturnów Chopina"?

Marcin Masecki: Tak, teraz jak o tym myślę, to tak. Buba jest niesamowity, bo dla niego ważne w muzyce jest to co teraz. Nawet tradycja jest tylko paliwem do umocnienia wagi teraźniejszości i jej subiektywnego przeżywania.

A co to znaczy mieć tą pokusę bycia teraz, a z drugiej strony nagrywać i wracać do Chopina?

Marcin Masecki: Jestem w klasyce. Wyrosłem z niej. To oczywistość, że muzyka Chopina jest piękna. Badałem listy, czytałem relacje z koncertów, wiem co jadł, jak się ubierał. To romantyczna muzyka, która często jest na granicy kiczu. Równolegle do salonowego romantycznego, płytkiego czegoś, jest w niej jakiś brud i mrok. Jest tam coś brudnego i jest to pięknie przykryte białą chusteczką. I oczywiście wielki kunszt kompozytorski. Jest w tym coś fascynującego. 
Znam te utwory tak dobrze i tak na pamięć, że ciężko mi o nich nie myśleć jako o swojej kończynie.  Natomiast chcę je grać bardziej subiektywnie niż do tej pory, mniej myśleć o tym, co Chopin “chciał przez to powiedzieć”, a bardziej o tym co Masecki.

Jak dalej potoczy się twoja przygoda z Chopinem?


Marcin Masecki: To próba znalezienia języka, aby mówić i grać klasykę dzisiaj tak, żeby miała sens. Nie wiem jeszcze jak, ale chciałbym dalej szukać.

A co z "klasycznymi" odbiorcami Chopina?

Marcin Masecki: Zawsze komuś może się nie spodobać. Są nawet tacy co Michaela Jacksona nie lubią.

Czy Ty się czujesz nadal głównie pianistą?

Marcin Masecki: Tak. To jest to co głównie robię. 

Ale w wielości projektów, w których bierzesz udział i które tworzysz jest niebezpieczeństwo, że rozmienisz swój talent na drobne?


Marcin Masecki: Muszę pamiętać, żeby się nie rozdrobnić. Staram się o tym pamiętać.

Ile godzin dziennie spędzasz przy pianinie?

Marcin Masecki: Nie gram codziennie. Z jednej strony to jest jak jazda na rowerze, mechaniczna, tego się nie zapomina. A z drugiej strony jest element w pianistyce, akrobacyjny, wymagający wielkiej formy. Myślę o tych nokturnach teraz, ale nie ćwiczę wciąż. Pianistyka klasyczna jest związana z ciągłym ćwiczeniem. Ale dla mnie to jest obowiązek sztucznie wygenerowany. Jeżeli nie wyjdzie tryl, to dla mnie nie jest to aż tak ważne. Fakt, że przy nokturnach mogę sobie na to pozwolić. Inaczej by się rzecz miała przy etiudach. Tam są same tryle.

Jak dbasz o swoje dłonie?

Marcin Masecki: (śmiech) Córka mi właśnie zrobiła super manicure (Marcin ma paznokcie pomalowane białym lakierem). Słyszałem, że Rubinstein miał taki odruch, że jak się potykał to składał ręce to tyłu i upadał prosto na twarz. Ręce były dla niego ważniejsze niż twarz. Ja tak nie mam. Jedyne poświęcenie to nie granie w siatkówkę ani w koszykówkę.
Trwa ładowanie komentarzy...